Wyobraź sobie ciszę. I magiczną ciemność. Jak w teatrze, w chwili gdy zaczyna się spektakl. Gong. Kurtyna rozsuwa się i wolno odsłania scenę, tworząc nastrój oczekiwania i tajemnicy.

Tak właśnie być powinno, ale malutki Kujawsko-Pomorski Impresaryjny Teatr Muzyczny w Toruniu nie ma jeszcze sceny z prawdziwego zdarzenia. I nie ma kurtyny. Ale te pozorne niedogodności nie przeszkodziły mu wejść w świat przynależny muzie Melpomene z rozmachem i pasją, której pozazdrościć mogłyby mu inne teatry w województwie. Po intrygujących "Siostrach Parry" sprzed roku, które pokazały, jak wielki potencjał kryje się Toruniu, znakomitym (lecz zbyt krótko granym) "Moim boskim rozwodzie" z Krystyną Podleską, solidnym, roztańczonym "Machiavellim" i szeregu spektakli dla odbiorców w różnym wieku, Teatr zaprezentował bodaj najlepszą swoją premierę: "Lady Day w Emerson Bar & Grill" z Anną Sroką-Hryń i Włodzimierzem Nahornym.

Długo zapowiadany spektakl muzyczny, którego amerykańska wersja autorstwa Lanie Robertsona grana jest od 1986 r. z wielkim powodzeniem na Broadwayu, ma dodatkowy atut, najpewniej zamierzony. Jego polska prapremiera odbyła się co prawda w 2008 r., ale toruńska premiera przypada dokładnie w setną rocznicę urodzin Billie Holiday. Musical opowiada o jednym z ostatnich koncertów legendarnej wokalistki jazzowej, w marcu 1959 r., na trzy miesiące przed śmiercią.

Niewielki bar w Filadelfii. Rozgoryczona niepowodzeniami, zniszczona narkotykami i alkoholem, Billy Holiday była już bardzo chora na serce, bardzo słaba i coraz częściej traciła poczucie rzeczywistości. W spektaklu mylą jej się: czas, przestrzeń, twarze i tylko pamięć, gdy przywołuje przeszłość rodzinnego domu, wydaje się zwielokrotniona w doskonale rysowanych szczegółach. I głos pozostaje niezmiennie piękny.

Jej opiekun, pianista Jimmy Powers (świetnie zagrany przez Włodzimierza. Nahornego), stara się opiekować piosenkarką, ocalić ją przed koszmarami przeszłości, ale jest już zbyt późno, by ją uratować. Ale pomoże jej "umrzeć na scenie". Ani przez moment nie nudząc się, jesteśmy świadkami niespełna dwugodzinnej opowieści o życiu piosenkarki, ale też niezwykle skomplikowanych drogach jazzu. Słuchamy najlepszych i najbardziej znanych standardów jazzowych Billy Holiday, z "When a Woman Loves a Man", "Pig Foot", "I Wonder Where Our Love Has Gone", "Baby Doll", "Lady Sings the Blues", aż po "God Bless the Child", którą piosenkarka napisała dla swojej matki. Wszystkie w doskonałym przekładzie Wiesławy Sujkowskiej i nadzwyczajnym wykonaniu Anny Sroki-Hryń, laureatki Teatralnych Nagród Muzycznych w 2013 dla najlepszej śpiewaczki, artystki o głębokim, bardzo zbliżonym do pierwowzoru głosie.

Kiedy śpiewa Edith Piaf, słychać charakterystyczną dla niej chrypkę, kiedy śpiewa Billy Holiday, jej głos staje się smutny i drżący, niemal czarny. Sroka miała wiele lat, by piosenki Holiday stały się jej własnymi. Od czasu prapremiery włączyła niektóre z nich do swoich recitali. Jej zawodem jest dubbingowanie, tj. naśladowanie, a to oznacza konieczność wczuwania się w osobowość, odgrywanej osoby. Podczas spektaklu "Lady Day" pokazała także inne możliwości swojego głosu; nie tylko śpiewała jak Billy, ale też była Billy, gdy lecząc się brandy, opowiadała swoją historię. Kiedy wchodziła w aktorskie relacje z akompaniującym jej Powersem (Nahorny), czuło się, jak zaciera się granica między grą a rzeczywistością. Kiedy śpiewała, cała sala miała ochotę śpiewać.

Teatr Muzyczny w Toruniu: Lanie Robertson "Lady Day w Emerson Bar&Grill". Polskie teksty piosenek: Wiesława Sujkowska. Reżyseria: Natalia Babińska. Obsada: Anna Sroka-Hryń, Włodzimierz Nahorny.