Grzegorz Giedrys: Galeria Miłość. Trudno wyobrazić sobie lepszą nazwę. Jak ona się narodziła?

Natalia Wiśniewska: Mieszkaliśmy wtedy na Gałczyńskiego. Listopad 2013. Piotr siedział w kuchni i pisał nasz pierwszy wniosek, który oczywiście nie przeszedł. To była chyba jakaś niedziela. Ja leżałam na łóżku i do siebie z tych dwóch krańców rozmawialiśmy. Jak zawsze na końcu został najtrudniejszy podpunkt – nazwa projektu. No i tak rzucaliśmy od czasu do czasu w eter jakieś nazwy. Nic nie osiadało. Zaczęliśmy w końcu sobie żartować, że tak albo tak, i wymyślać jakieś profile i dziwaczne historie. Krzyknęłam w końcu „Galeria Miłość”! I wybuchła salwa śmiechu. Kiedy się wyciszyła, z wielką nieśmiałością i niepewnie Piotr powiedział, że przecież słowo to idealnie oddaje to, o co nam chodzi. I tak zostało.

Dlaczego kuratorzy sztuki i artyści mówią tak dziwnym językiem? Właściwie czasami ciężko was zrozumieć. O co w tym chodzi?

Wiśniewska: Dziwnym? Artyści i historycy sztuki wytwarzają taki sam żargon, jaki wytwarza ekonomista, fizyk i psychiatra. Zawsze mówiłam, że sztuka to dziedzina wiedzy. Ma swoją historię, przełomy, tajemnice i fikcje, a także tezy, równania i prawa.

Piotr Lisowski: To jest częsty zarzut kierowany do sztuki współczesnej. Strasznie mnie to dziwi, bo uważam, że sztuka nigdy nie była tak blisko rzeczywistości jak dziś. Niezrozumienie wynika z edukacji i przeświadczenia, że sztuka musi być czymś elitarnym. Ale faktycznie ten język często bywa specjalistyczny.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej