Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Marcin Behrendt: Nie wiem, jak to lepiej nazwać, ale żywność ekologiczna staje się modna.

Mieczysław Babalski: To nie moda, to konieczność.

Konieczność?

- W produktach konwencjonalnych jest coraz więcej środków chemicznych, które bardzo źle wpływają na nasze zdrowie. Największym zagrożeniem dla wszystkich mieszkańców Ziemi jest roundup zawierający glifosat - związek, który miał się rozkładać w glebie, a się nie rozkłada. Wszyscy go mają już w moczu, jest we wszystkich produktach i wodzie pitnej, niedawno wykryto go w niemieckim piwie.

Mówi pan o oprysku na chwasty?

- I na dojrzewanie zboża. Wiosną było posiedzenie w Brukseli dotyczące przedłużenia zgody na stosowanie roundupu. 40 parlamentarzystów poddało się badaniu moczu na zawartość glifosatu. Okazało się, że wszyscy go mieli, a najwięcej, ponad 20 razy przekroczoną normę, miał Litwin.

Nasz region.

- Z naszych europosłów żaden nie poddał się badaniu. A glifosat niszczy nasz układ moczowy i rozrodczy. Jeśli nic się nie zmieni, podejrzewam, że za 10 lat będziemy wszyscy chodzić w pieluchach. Na szczęście produkty ekologiczne są od tego związku wolne.

Ale ich produkcja nie jest na tyle duża, żeby zaspokoić wszystkie potrzeby.

- Wbrew pozorom, produkcja ekologiczna jest olbrzymia w naszym kraju i w innych krajach UE. Potentatami są już teraz Chiny, Australia, Nowa Zelandia. Tak naprawdę wszystko zależy nie od producenta, a od konsumenta, bo to on ma możliwość wyboru tego, co chce jeść. Jest jeszcze kwestia ceny, bo produkty ekologiczne różnią się nią od konwencjonalnych. Ale tak naprawdę nie u producentów, lecz u pośredników.

Na co zwracać uwagę przy ich kupnie?

- Żywność, która oznakowana jest jako eko, musi mieć certyfikat i zieloną chorągiewkę unijną. Tam jest napisane "PL- EKO" i numer certyfikatu. To znaczy polskie i ekologiczne. Druga sprawa to dokładny adres producenta.

Co to właściwie jest rolnictwo ekologiczne?

- Rolnictwo ekologiczne polega na tym, że nie stosuje się nawozów i środków chemicznych, ale pewne reguły powodujące, że rośliny w twoim gospodarstwie dobrze się czują i nie zagłuszają ich chwasty.

A chwasty to zioła, które leczą glebę. Na 1 m kw. w warstwie ornej gleby może być około miliona nasion. One kiełkują tylko wtedy, gdy gleba sobie tego życzy. Jak masz problem z jakimś chwastem, musisz się zastanowić, co jest tego przyczyną. Tak samo jest z chorobami i szkodnikami. To są strażnicy przyrody, niszczą to, co nie powinno być pokarmem dla organizmów wyższych. Gdy roślina jest upośledzona, słaba, nie może sobie dać rady, powinna być zniszczona, my nie powinniśmy takiej rośliny jeść. A w rolnictwie konwencjonalnym takie rośliny sztucznie się podtrzymuje przy życiu.

Jak się goni za dużą produkcją i zyskiem, trzeba ratować każdą.

- Dużym problem w rolnictwie konwencjonalnym jest zaprawianie ziarna, bardzo niekorzystnie wpływa na zdrowotność roślin. Gdy zaprawione nasiono dostanie się do gleby, jego łupina lub łuska nie są rozkładane przez bakterie i grzyby glebowe i informacja o naturalnym sposobie obrony z nasiona nie jest przekazywana nowej roślinie. Uważam, że łupina ma podobne działanie jak wrodzona odporność i siara u ssaków. To właśnie za jej pośrednictwem przekazuje się odporność i zabezpiecza przed chorobami i szkodnikami. To jest filozofia rolnictwa ekologicznego. Gdyby ono było łatwe i proste, wszyscy gospodarze tak by już uprawiali.

Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce?

- Żeby nie mieć problemów z chwastami, trzeba stosować odpowiedni płodozmian, czyli następstwo roślin po sobie. Są takie, które się lubią i to trzeba wykorzystać. Dlatego w rolnictwie ekologicznym musisz wprowadzić rośliny motylkowe, bo mają dar użyźniania gleby.

Wiążą azot z powietrza.

- Przez bakterie ożywiają martwy azot, który jest w powietrzu. I to jest bardzo potrzebne w rolnictwie ekologicznym. W konwencjonalnym po prostu azot się dorzuca z worka.

Druga sprawa to nawożenie nawozem organicznym. Najlepszy jest od zwierząt żywionych paszami ekologicznymi z gospodarstwa.

Hoduje pan zwierzęta?

- Mamy kury i krowy, czerwone polskie. Mówi się, że krowy hoduje się po to, by mieć dobry obornik, a przy okazji trochę mleka. Na świecie jest coraz większy problem z bakteriami E.coli. Gdy zwierzętom podaje się antybiotyk, kał się nie rozkłada w glebie i rośliny go wchłaniają. I te bakterie E.coli, które są zagrożeniem dla naszego zdrowia, są wszędzie. W USA cała żywność jest już poddawana promieniowaniu, żeby zabić bakterie. Dlatego ludzie są otyli, bo gdy poddasz promieniowaniu żywność, to ona nie ma normalnej energii. Jest całkowicie rozwalona. Organizm może z niej robić tylko substancje zapasowe. To duży problem.

Płodozmian i naturalne nawożenie wystarczą?

- Jak się zrobi dobry płodozmian i nawożenie, gleba poradzi sobie nawet z chwastami. Trzeba jeszcze dobierać takie rośliny, które się dobrze czują w twoim gospodarstwie. To znaczy, że nie możesz stosować roślin potrzebujących specjalnej ochrony, nieprzystosowanych do naszych warunków, jak na przykład kukurydza. Jest z nią coraz większy problem, bo bardzo mocno zanieczyszcza gleby. Daje się jej dużo azotu, który zatruwa wody gruntowe.

Gdybym chciał założyć gospodarstwo ekologiczne, kupił kawałek ziemi, to ile czasu muszę pracować, żeby ziemia była gotowa?

- Prawnie, żeby otrzymać certyfikat, to około trzech lat. A faktycznie około siedmiu.

Trzeba ją specjalnie obsiewać czy zostawić odłogiem, żeby odpoczęła?

- Gleba musi być uprawiana, bo gdy leży odłogiem, zamiera uprawne życie glebowe i tworzy się odpowiednie dla pastwisk, łąk, a nie do upraw. W 1 cm sześc. gleby żyje więcej organizmów żywych niż ludzi na całym świecie i o nie trzeba dbać. Jak będziesz źle uprawiał, za głęboko orał, zepsujesz strukturę gleby i zniszczysz życie glebowe. Naszym zadaniem jest to, żeby życia w glebie było jak najwięcej.

Są jakieś specjalne rośliny, które np. oczyszczają glebę i trzeba je uprawiać?

- Są. Jak jest problem z perzem, wystarczy uprawiać żyto i grykę, bo perz nie znosi tych roślin. Gdy mamy kłopot z ostrożeniem, czyli popularnym ostem, to znaczy, że czas najwyższy siać koniczynę i lucernę. Kiedy mamy problem z komosą, to znaczy, że gleba jest przeazotowana. Rośliny trzeba obserwować. One pokazują, co jest niedobrego.

Długo się pan tego uczył?

- Uczę się całe życie. Spotykam różnych ludzi, odwiedzam gospodarstwa ekologiczne na świecie i ci rolnicy dzielą się doświadczeniami. Po jakimś czasie to się wszystko ułoży.

Sąsiedzi dziwili się, że postawił pan na rolnictwo ekologiczne?

- Ludzie mówili, że nie warto. Jako stowarzyszenie Ekoland robiliśmy kilkadziesiąt lat temu wystawę w Warszawie z produktami ekologicznymi i sekretarz KC PZPR Zbigniew Michałek przechodząc z dziennikarzami powiedział do nas: "Do czego wy chcecie wrócić? Do czterech kwintali z hektara? To jest utopia, takie rolnictwo". Ale jakoś przetrwaliśmy i to rolnictwo funkcjonuje do dzisiaj, gospodarstw jest coraz więcej. I to jest potrzebne, bo chemii będzie coraz więcej. Ludzie mówią, że nie w Polsce, że Polska jest czysta. Ona była czysta 20 lat temu. Teraz jest tragedia.

W regionie był pan pierwszy. Od razu postawił pan na połączenie produkcji z przetwórstwem?

- Nie, dopiero po wizycie w Szwajcarii. Tamtejsi rolnicy pytali mnie, ile mam ziemi. Odpowiadałem, że 7 ha. Wtedy mówili, że mam na godzinę roboty, a co robię poza tym? Szwajcar zawsze mówił: żeby zrobić interes trzeba pracować przynajmniej 12 godzin na dobę. Wtedy pomyślałem o robieniu serów. Nawet zaczęliśmy, ale one nie były jak szwajcarskie. Chodziło o to że, ser wyjdzie najlepiej, jeśli produkcja i zwierzęta będą tysiąc metrów nad poziomem morza.

Czyli warunki klimatyczne, a nie proces produkcyjny był zły.

- Tam jest inna flora bakteryjna i inne rośliny. Szwajcarzy zawsze mówili, że najlepsze są te krowy, które dają do pięciu tys. litrów mleka rocznie, bo wszystkie krowy dające więcej trzeba dokarmiać. A jak dokarmiasz, mleko jest gorszej jakości i już dobrego sera nie zrobisz. Dlatego teraz i u nas zaczyna się mówić o mleku A1, A2, gdzie mleko A1 od bardzo wydajnych krów ma beta-kazeinę, która niszczy nam trzustkę. Dużo ludzi po niezdrowym mleku choruje na cukrzycę. W Kanadzie nie ma już takich krów. W Australii i Nowej Zelandii to samo. A u nas?

Straszne rzeczy pan opowiada. Mleka pić nie można, chleba jeść nie można, a sery panu nie wyszły.

- No nie wyszły i zacząłem szukać czegoś innego. W Szwajcarii widziałem makaron razowy, ciemny i zainteresowało mnie, jak ten makaron się robi. Pojechaliśmy do producenta, rolnika a on mówi: musisz tu jeszcze na miesiąc przyjechać z żoną, żeby się nauczyć go prawidłowo robić. Na naszym terenie dobrze rosną zboża, więc trzeba coś z nich robić, przetwarzać.

I kolejny raz pojechaliśmy do Szwajcarii. Miesiąc pracowaliśmy, zarobiliśmy na maszynę do makaronu, a że tamtejszym rolnikom naprawiałem sprzęt, złożyli się i za tę maszynę zapłacili. Przyjechaliśmy z nią do Polski i zaczęliśmy robić pierwszy makaron. A na rynku zbytu jeszcze nie było.

Teraz sklepów ekologicznych jest mnóstwo...

- Pewien Szwajcar, którego tam poznałem, Peter Stratenwerth, pod koniec lat 80. XX w. przeprowadził się do Polski i koło Płocka założył gospodarstwo ekologiczne. Zaczął jeździć do Warszawy do klubu Ochota, gdzie się spotykali wegetarianie. Zacząłem jeździć z nim, dwa lata to trwało. I tam na ul. Grójeckiej powstał pierwszy sklep ekologiczny. Później drugi, trzeci, hurtownia i zaczęli do nas przyjeżdżać po produkty.

Teraz 50 proc. produkcji idzie do hurtowni, a drugie 50 proc. to sprzedaż bezpośrednia, gros przez sklep internetowy. To będzie przyszłość, bo nie ma pośredników i ta żywność nie ma dużej marzy. Jest to też dla nas bardzo korzystne, bo od razu mamy pieniądze.

Jeździmy również na jarmarki. Najlepszy jest w Toruniu w pierwszą sobotę miesiąca w Muzeum Etnograficznym. To dobre miejsce - przyjeżdżają rolnicy ekologiczni i handlują swoimi produktami.

Chodzi pan do sklepu?

- Jak muszę, to idę.

I co pan kupuje?

- Jedynie ryby, sól i pieprz, ale też staramy się używać przypraw ekologicznych. Mamy tutaj hurtownię, gdzie możemy się zaopatrywać.

Chleb pewnie piecze pańska żona.

- Nie, mamy piekarza w Toruniu, co tydzień jedzie samochód z mąką do niego i przy okazji przywozi chleb.

Mleko ma pan swoje, mięs pan nie je...

- Praktycznie od 30 lat. Podczas pobytu u Szwajcarów przez trzy miesiące nie jadłem mięsa, bo oni nie jedli. Zacząłem się zupełnie inaczej czuć. Nie miałem ochoty na słodycze.

A sery pan je?

- Tak, ale mało. Mamy kolegę, który robi. Na jarmarku w Toruniu się wymieniamy. Między rolnikami ekologicznymi tak często jest. Tam zaopatrujemy się w sery i wędliny dla reszty rodziny. Mamy kury, są jajka. Kury mają dożywocie, a koguty od czasu do czasu trzeba przerzedzić i przy okazji jest dobry rosół.

Zaraził pan sąsiadów żywnością ekologiczną, kupują od pana?

- Coraz więcej ludzi kupuje nasze produkty. Poza tym zatrudniamy w naszej firmie 12 osób z okolicy i one biorą produkty do domu, mają je od nas za darmo.

Planuje pan rozwój, kupno ziemi?

- Nie, nastawiam się na rozwój starych gatunków, a rolników ekologicznych mamy w okolicy bardzo wielu. Oni dla nas produkują. Na każdym produkcie, który sprzedajemy, musimy mieć datę przydatności a przy niej numer partii. Jest on zapisany w zeszycie, od którego rolnika pochodziło zboże. Gdyby coś wyszło nie tak, łatwo ustalić, w którym miejscu był błąd.

Produkty ekologiczne są często kontrolowane?

- Bardzo często. Mamy rocznie cztery, pięć kontroli jakości produktu. Na zanieczyszczenia nawozami i środkami chemicznymi.

A jak jest z dopłatami unijnymi? Rolnicy ekologiczni dostają więcej niż konwencjonalni?

- Jeszcze raz tyle. Dopłaty niezbyt dobrze działają na rozwój tego rolnictwa, zwłaszcza na produkcję. W programach ochrony środowiska narzuca się produkcję jakiejś określonej rośliny, która nam w ogóle nie jest potrzebna, np. mieszanek traw. One dla środowiska są dobre, ale dla produkcji zboża nie za bardzo. Warzyw nie ma za dużo, bo są pracochłonne, chociaż jest większa dopłata.

Pan dla siebie uprawia warzywa?

- Nie, kolega. W naszej wsi jest siedmiu rolników ekologicznych. Mamy jednego, który ma cztery folie i uprawia paprykę, pomidory. Drugi ma więcej krów i od niego bierzemy mleko. Nasze krowy chodzą z cielakami i nie ma czasu ich doić. Hodujemy je głównie dla obornika. Mięso - dla rodziny, bo ja nie jem - mamy od innego kolegi. Staramy się, żeby mieć w kuchni 90 proc. produktów ekologicznych.

Jak pan ma grypę, sięga pan po tabletki?

- Nie, po miód z propolisem. To jest naturalny antybiotyk. Na ogół wszystko, co wokół ciebie rośnie, ma jakiś cel do spełnienia. Mniszek to roślina lecząca wątrobę. Ojciec Klimuszko pisał: "jak masz problem z wątrobą, zjadaj codziennie siedem liści mniszka lekarskiego przez siedem dni i zapomnisz, że masz chorą wątrobę". Gdy wątroba jest czysta i dobrze funkcjonuje, nie gryzą komary, ponieważ masz dobrze oczyszczoną krew. Mniszek po spełnieniu swojej roli zginie, nie będzie już rósł koło ciebie. Kolejną rośliną bardzo przydatną jest wszędzie rosnący podagrycznik, który leczy dnę moczanową, kościec.

Też trzeba liście jeść?

- Smakują trochę jak nać pietruszki. Krwawnik jest dobry na nerki, morwa na cukier. Natura cały czas ci pokazuje, co masz robić. Na jednym metrze kwadratowym jest milion nasion i kiełkują tylko te, które gleba sobie życzy. Gdy gleba ma problem, pobudza do kiełkowania chwasty, które ją oczyszczą.

To jest tak proste, że aż nieprawdopodobne, a prawie wszyscy stosują środki chemiczne.

Rozmawiał Marcin Behrendt

EKOGOSPODARSTWO

Gospodarstwo Aleksandry i Mieczysława Babalskich odwiedza około 3 tys. osób rocznie, by zobaczyć, jak uprawiać rośliny bez środków chemicznych. Zostało bowiem wpisane na krajową listę gospodarstw demonstracyjnych. Jest bazą dydaktyczną, z której korzystają uczniowie średnich szkół rolniczych, studenci, jak i farmerzy z całego kraju.

W budynkach położonych nieopodal siedliska Babalskich działa niewielki młyn. Mieli dziennie około 2 ton ekologicznych zbóż. To tam powstają mąki (pszenna, pszenna graham, żytnia, orkiszowa, jęczmienna, owsiana i gryczana), kasze (jęczmienna, orkiszowa, z płaskurki lub z samopszy i gryczana), płatki zbożowe i otręby. Z łusek zbóż produkowane są natomiast poduszki i materace.

W Pokrzydowie koło Brodnicy Babalscy mają ponadhektarowy sad, w którym rośnie 70 odmian starych jabłoni (m.in. grafsztynek, cesarz wilhelm, kosztela i reneta), grusz, śliw i czereśni. Uprawiane są bez grama sztucznego nawozu i chemicznych środków ochrony roślin. Smakują rewelacyjnie.

Babalscy hodują czerwone polskie krowy i kury zielononóżki. Angażują się w działanie Stowarzyszenia Dla Dawnych Odmian i Ras oraz Kujawsko-Pomorskiego Stowarzyszenia Producentów Ekologicznych EKOŁAN.

W 1990 r. Babalscy dostali atest Ekolandu nr 90001 (pierwszy w Polsce). Obecnie mają certyfikat rolnictwa ekologicznego wydany przez Agro Bio Test (PL EKO 07 90001). W 2010 r. Aleksandra i Mieczysław Babalscy zostali zwycięzcami najpierw etapu wojewódzkiego, a potem ogólnopolskiego konkursu na najlepsze gospodarstwo ekologiczne w kategorii "ekologia-środowisko" organizowanego przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Od 2012 r. są członkiem Regionalnej Sieci "Dziedzictwo Kulinarne Kujawy i Pomorze".

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.