Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ząbik to w żużlowym środowisku człowiek legenda. Przez kilkanaście lat jeździł w barwach toruńskiego Apatora, a po zakończeniu kariery sportowej w 1986 r. został trenerem. Mimo że skończył 70 lat, nie rozstaje się z czarnym sportem. - Ja już bym nawet odpoczął - mówi Ząbik. - Ale nie mam czasu. Liczę na to, że obowiązki trenerskie w Stali Toruń przejmie mój syn Karol, a moi współpracownicy zajmą się formalnościami. Ja bym chciał tylko pomagać, organizować.

Po torach do Stali Toruń

Do Stowarzyszenia Sympatyków Sportów Motorowych Stal Toruń trafiłem przypadkiem. Szukałem rozbierających stare tory kolejowe przy ul. Grunwaldzkiej. W Miejskim Zarządzie Dróg polecono mi telefon do Ząbika, który może coś więcej wiedzieć na ten temat. Zdziwiłem się, jaki związek może mieć radny miejski i trener żużlowy ze starą bocznicą. - Tak rozebraliśmy tory, właściwie nie my, tylko firma na nasze zlecenie - tłumaczył szybko zdenerwowany Ząbik. - Ale mamy zezwolenie, to wszystko dla dzieciaków, niech pan przyjedzie i sam zobaczy.

Trener czyści miasto

Umówiliśmy się na Motoarenie, skąd pojechaliśmy na lotnisko. Tam Stal dzierżawi od aeroklubu kawałek terenu. W samochodzie Ząbik tłumaczy, że przy ul. Grunwaldzkiej stalowych szyn prawie nie było, bo wcześniej ktoś je ukradł. Stowarzyszeniu chodziło o podkłady, bo zleci ich pomielenie i wykorzysta przy budowie parkingu i na podbudowę stopni na trybunach. Kilka szyn, które zostało, zmieni się w konstrukcję dachu nad placem dla motocykli. - Zrobiliśmy to, by ulżyć miastu, żeby nie musiało wydawać pieniędzy - mówi trener żużlowców. - Od UMK dostaliśmy do rozebrania baraki przy Szosie Okrężnej. Zostawiliśmy pusty plac. Wcześniej uprzątnęliśmy z gruzu boisko na Wrzosach. Wszyscy są zadowoleni, a my mamy materiał do prac na minitorze, budulec. Robimy to sami, w czynie społecznym.

Minitor już jest

Z tego budulca przy lotnisku powstał minitor. Są bandy, wieżyczka sędziowska, maszyna startowa, a obok kontener klubowy i parking dla motocykli (w budowie).

Ząbik wspomina, że kiedy wrócił z Anglii w 1980 r., namówił ówczesnego prezesa toruńskiego klubu żużlowego Benedykta Rogalskiego, żeby w środku stadionu przy ul. Broniewskiego wybudować minitor. To tam uczyli się wyścigowej jazdy m.in. Robert Sawina, Piotr Baron, Tomasz Bajerski, Adrian Miedziński i syn trenera Karol. - Wtedy zaczęło się coś dziać, były efekty - mówi Ząbik. - Później w lidze mogli jeździć zagraniczni juniorzy i szkolenie młodych nie było już tak istotne. W końcu na stadionie trzeba było ustawić reklamy, o budowie podobnego toru na Motoarenie w ogóle nie było mowy. Dlatego weszliśmy na lotnisko.

Kierownik Motoareny i wiceprezes Stali Toruń Marian Filipiak dodaje, że minitor ma taką samą licencję jak Motoarena, można na nim rozgrywać zawody. Organizatorów ograniczają tylko wymogi ekstraligowe, ale można tam urządzać mecze w II lidze, gdzie nie potrzeba oświetlenia.

Pan Jan marzyciel i wizjoner

To kolejne marzenie Ząbika: dwóch, trzech starszych zawodników i reszta młodzieży, która będzie się regularnie ścigać w najniższej klasie rozgrywek w Polsce. Na cały sezon potrzeba minimum 600 tys. zł, a najlepiej uzbierać milion zł. - W tym roku jeszcze się nie udało, ale zdobędę te pieniądze - twierdzi toruński rajca.

Miniżużel w Polskim Związku Motorowym istnieje już 15 lat, ale dopiero od trzech lat nasi juniorzy mają sukcesy: udało się im wywalczyć tytuł mistrza i wicemistrza Europy, wicemistrza świata. Chłopcy wygrali prawie wszystko, co było możliwe. - To jest chyba jedyny człowiek w Polsce, którego znam, tak zaangażowany w szkolenie młodzieży z wizją na przyszłość - mówi o Ząbiku Filipiak. - Jeśli nie będziemy tego robić, za kilka lat nie będzie w naszym kraju żużlowców. Musimy sobie zdać sprawę, że chętnych do uprawianie tego sportu jest coraz mniej. Jeżeli nie będziemy stwarzać warunków do rozwoju, do jazdy, dyscyplina zginie.

Tym bardziej, że ten sport wymaga sporych nakładów finansowych. Najmniejszy motocykl kosztuje od 4 do 6 tys. zł. Można ubrać jakiś kombinezon, skompletować strój, ale jak ktoś chce mieć kompletny sprzęt, musi wydać około 10 tys. zł. - Tanio nie jest, ale kiedy widzimy, że chłopak jest fajny, pomagamy mu - mówi Ząbik. - Mamy swoje motocykle, a jak jest "żyła", to pomożemy załatwić sponsora.

Z niewolnika nie ma zawodnika

Stowarzyszenie Stal Toruń działa od 2011 r. Ma sponsorów, głównie tych zaangażowanych w dorosły żużel. Pomaga samorząd województwa, starostwo i miasto. Chłopcy nie płacą za zajęcia, ale gros rodziców chce pomagać finansowo i płaci składki członkowskie. Obecnie w Toruniu jeździ około 20 chłopaków na motocyklach o różnej pojemności. Trener nie chce przesądzać, ilu z nich zwiąże się z żużlem. Uważa, że z maluchów nie można robić niewolników, oni muszą się tym sportem bawić. Tłumaczy, że jak chcą pokopać piłkę lub polepić babki z piasku, mają do tego prawo. To są dzieci, którym nie wolno zabierać dzieciństwa.

Treningi adeptów są mocno zbliżone do tych dla dorosłych zawodników. Zimą są zajęcia ogólnorozwojowe, basen, hokej na lodzie. Wiosną zaczynają się biegi w terenie, jazda na rowerach, piłka nożna i jazda na torze.

Ząbik przyznaje, że młodzieży do szkółki trzeba szukać, bo nastolatków trudno oderwać od komputera, konsoli, komórki. - A jeśli małe dzieci zaangażują się w żużel, później rosną z torem jak Karol Ząbik lub Adrian Miedziński, nic ich nie interesuje poza tym.

- Karol i Adrian byli w specyficznej sytuacji, ich ojcowie to legendy żużla, nie każdy ma taki dostęp do sprzętu, parkingu, tej atmosfery - zauważam.

- Pawłowi Przedpełskiemu nie było to potrzebne, rośnie z żużlem tak jak oni rośli - uważa trener toruńskiej młodzieży.

"Huragan" za konia

Ząbik wspomina swoje początki na żużlu. Pochodzi spod Chełmna, jego rodzice mieli tam duże gospodarstwo i gdyby ojciec zgodził się na mechanizację, to dzisiaj były żużlowiec pewnie byłby rolnikiem. - Ojciec miał osiem koni, ale mnie bardziej interesowały te mechaniczne i wyemigrowałem ze wsi - mówi toruński radny. - Ścigałem się na rowerach, nawet ojciec konia sprzedał, żeby mi "huragana" kupić. Ale po jednym wypadku z "huragana" zrobiła się harmonijka i drugiego konia już nie poświęcił. Później budowaliśmy Elanę, Czesankę, po południu nie było co robić, to chodziliśmy z chłopakami na tor. A tam Marian Rose pracował przy swoim samochodzie, widział, że jestem "kumaty", że potrafię dużo zrobić przy aucie i zaproponował, żebym wsiadł na motor. Pokazał, gdzie jest gaz, sprzęgło i tak ta przygoda się zaczęła. I trwa do dzisiaj. 25 lat jeździłem na żużlu, a od 26 lat jestem trenerem.

Ząbik przyznaje, że znajomość okolicznych wiosek bardzo pomaga w obecnej pracy, bo wie, gdzie maluchy śmigają na rowerach, motorkach. Jedzie tam, rozmawia z wójtem albo ze strażakami, oni organizują spotkanie, a on pakuje motor do samochodu, później go wystawia na dwie trzy godziny. - Chłopaki się popchają na nim, popatrzą i za trzy dni są z rodzicami - twierdzi trener. - Mamy zawodników z Brodnicy, Nowego Miasta Lubawskiego, Obrowa, Turzna. U nas każdy może spróbować, a jak rodzice są mniej zamożni to zawsze podstawimy jakiś motocykl, żeby wiedzieć, czy dziecko się nadaje czy nie. Bo czasem rodzic chce, a dziecko nie. A tu musi być zaangażowanie dzieciaków. Jak one chcą, to wtedy idzie szybko. A jak rodzic zmusza do sportu, wtedy nic z tego nie będzie.

Z przedszkola na tor

Przygodę z żużlem zaczynają już kilkuletnie dzieci, najmłodszy adept miał 4,5 roku. Ścigają się amatorsko na motocyklach o pojemności 50 ccm. Starsi, 10-letni, zaczynają na maszynach 80-125 ccm, a później przesiadają się na jeszcze mocniejsze 125-250 ccm. W tej kategorii organizowane są mistrzostwa Europy i świata.

Szkolenie nastolatka trwa około dwóch lat. Trener tłumaczy, że na motocyklu jeździ się niemal tak samo jak na rowerze, trzeba tylko puścić sprzęgło i podkręcić gaz. Zaczyna się powoli, można przykręcić gaz, włączyć niższy bieg, żeby było bezpieczniej. Potem jeździ się coraz szybciej i szybciej. Ale jak chłopak siedzi na motorze i sobie powoli "pyrka", to już się uczy.

Na żużlu swoich sił może spróbować każdy, ale wysokim trudno się ułożyć na motocyklu. - Rafał Dobrucki sobie radził, ale ile miał kontuzji - zauważa Ząbik. - Dużo ćwiczymy z własnym ciałem, przewrotów, salt, akrobatyki, żeby błędnik wyćwiczyć i żeby chłopacy wiedzieli, jak upaść. Mały się przekoziołkuje na torze, a duży leci i się łamie. Teraz wysocy zawodnicy nie robią już takich wyników jak kiedyś Per Jonsson, Rafał Dobrucki i Matej Zagar.

- Ale małemu Wiesławowi Jagusiowi też było ciężko - mówię.

- Jednak później, jak opanował technikę, niemal fruwał na motocyklu - ripostuje Filipiak.

Jak więc znaleźć żużlową perełkę, prawdziwy talent? - Dzieciaka trzeba obserwować, przyjdzie do nas, pogadam sobie z nim, bo staram się dużo rozmawiać, spojrzę w oczy, na ręce, jak się rusza, zobaczę jacy są rodzice, wysocy czy niscy i z reguły się nie mylę - twierdzi Ząbik. - Nie musi siadać na motocykl. Jak jeździ na rowerze, dobrze na nartach, biega i robi wygibasy, to wiadomo, że coś w sobie ma. Inny idzie prosto, mama wszystko poda, tata sprawdzi, to na pewno będzie trudniejszy przypadek. Ale najważniejsze, żeby chłopaków ściągnąć z ulicy, bo teraz jest dużo prochów, alkoholu. Żeby nie weszły w to wszystko.

Prosto w oczy

Trener tłumaczy, że w Stali nie ma dużej rotacji. Rodzicom mówi prosto w oczy, nie chce ojcu i matce dawać nadziei, kiedy od razu widzi, że z dziecka żużlowca nie zrobi, że dziecko ma inne zainteresowania. Jako przykład podaje Jacka Krzyżaniaka, którego rodzice byli sąsiadami Ząbików na ul. Wojska Polskiego. Ojciec Jacka, Bogdan, jeździł na żużlu, a syn w ogóle się tym sportem nie interesował. Grał w Pomorzaninie w piłkę nożną, zajmowało go wiele innych dyscyplin. Kiedy skończył 18 lat, zapukał do drzwi Ząbika i powiedział, że chce się ścigać na motorach. W pół roku nadrobił zaległości, zyskał licencję. Tak był zawzięty i uparty.

Pięć minut i "dzida"

- Kibic chodzi na swoich zawodników i tak byśmy chcieli, żeby było w Toruniu w przyszłości - mówi Ząbik. - Mamy Miedzińskiego, Przedpełskiego, może dołączy do nich Igor Kopeć-Sobczyński. Reszta to obczyzna. Przyjadą, jak im wyjdzie mecz, to jeszcze na chwilę zostaną, a jak nie, to wsiadają w samochód i "dzida". Teraz są kontrakty i każdy szuka większych pieniędzy. Miedziński jest wierny Toruniowi, jest w tej chwili najdłużej jeżdżącym zawodnikiem w klubie. Kariera w sporcie jest krótka, dlatego każdy musi wykorzystać swoje pięć minut, bo jak tego nie zrobi, idzie pod kiosk z piwem. Na talencie też można pojechać, u nas też tacy byli, tylko jak by w prawidłowym kierunku wszystko robili, to dzisiaj byliby w innym miejscu. Bo oprócz talentu trzeba ciężko pracować. Każdy zawodnik musi wiedzieć, że te pięć minut szybko przeleci.

- Miał pan takie przypadki, że ktoś w ogóle nie rokował, a się uparł i został żużlowcem? - pytam.

- Oczywiście - Wiesław Jaguś - twierdzi Ząbik. - Ale kilka lat temu szkolenie wyglądało zupełnie inaczej. Nie patrzyło się na czas wyszkolenia zawodnika, bo na etacie zatrudniała go jakaś firma. A teraz każdy spogląda na finanse. Dlatego my, jako stowarzyszenie, możemy poświęcić więcej czasu tym chłopakom. W klubie muszą mieć szybko efekt, wynik.

Ząbik dla swoich podopiecznych jest trenerem, ojcem, psychologiem i wychowawcą. W jego trenerskiej karierze jest tylko jedna zadra, syn Karol nigdy na poważnie nie zaistniał w seniorskim żużlu. - W swoim wieku zdobył właściwie wszystko, co można było zdobyć w Polsce i na świecie - tłumaczy Ząbik senior. - Ale jeden upadek z Damianem Balińskim w Lesznie, a potem drugi na Motoarenie go zahamował. Później jeszcze jeździł, wszystko grało, ale jak stawało czterech zawodników pod taśmą, to zaczynał się problem. Po jednym z wyścigów powiedział mi wprost, że nie chce, żeby na niego gwizdali, nie chce rozmieniać dotychczasowej kariery na drobne. To była trudna decyzja, teraz studiuje, pomaga mi w zajęciach na miniżuzlu. Jest w tym temacie. Całe życie ze mną współpracował.

Jan Ząbik

Urodził się 1 stycznia 1946 r. w Kiełpiu. Karierę żużlową rozpoczął w 1965 r. w Toruniu. Pierwszy sukces odniósł 12 października 1969 r. w Lublinie, gdy został młodzieżowym wicemistrzem Polski. W 1974 r. po raz pierwszy zakwalifikował się do Indywidualnych Mistrzostw Polski. W sumie startował w czterech finałach. Najlepiej poszło mu w 1981 roku w Lesznie - zajął siódme miejsce. W tym samym roku wywalczył też srebro z Wojciechem Żabiałowiczem w Mistrzostwach Polski Par Klubowych. W 1980 r. wyjechał na roczny staż do Anglii, gdzie ścigał się u boku największych gwiazd żużla. W tym samym roku w wieku 34 lat wygrał Turniej Bałtyku. W czterdzieste urodziny zakończył karierę sportową. Był już wtedy trenerem z ponad pięcioletnim stażem. Pasjonował się szkoleniem młodzieży. W 1984 roku przeniósł się do Grudziądza. Miał też krótkie epizody trenerskie w Ostrowie Wielkopolskim i Wrocławiu. Nazywano go ekspertem w pracy z młodzieżą. Po 10 latach przerwy powrócił do Torunia. Od 2015 r. jest członkiem Głównej Komisji Sportu Żużlowego koordynującym projekt miniżużla w Polsce oraz prowadzącym reprezentację najmłodszych zawodników poniżej 16 lat.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.