Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dyrektor Andrzej Churski, zapowiadając czwartą edycję festiwalu debiutantów Pierwszy Kontakt, mówił, że w tym roku widzowie mogą się spodziewać dobrego teatru. Zastrzegł, że przy przygotowaniu tej odsłony nie kierował się względami stylistycznymi i tematycznymi. Nie trzeba wielkiej spostrzegawczości, aby zauważyć, że tegoroczną edycję festiwalu organizowanego przez toruński Teatr Horzycy zdominowały sprawy związane z wojną, przemocą i rewolucją.

Okazuje się, że im nasz teatr bardziej odżegnuje się od współczesnej tematyki, tym częściej sprowadza do nas spektakle, które są mądrym komentarzem na temat coraz bardziej złożonej rzeczywistości. To przeczucie wojny albo zbliżającej się rewolucji wydaje się nam dziś szczególnie bliskie. Przedstawienia zaproszone na Pierwszy Kontakt tym zjawiskom przyglądają się z perspektywy jednostki – nie mają pretensji do tworzenia wielkich fresków i uogólnień. A taka perspektywa silniej do nas dociera.

Reżyserska odwaga

W tym roku nie było słabych spektakli. Nie zdarzały się repertuarowe pomyłki. Plus za odwagę na pewno należy się Teatrowi im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu za „Tragedię Coriolanusa ” Szekspira. Ten niezwykle trudny dramat rzadko się wystawia na polskich scenach – jest bardzo brutalny, mocno naszpikowany odniesieniami do realiów starożytnego Rzymu i oparty na niekończących się monologach. Debiutantka Marta Streker zgrabnie odchudziła oryginalne źródła, skupiła się na przekazaniu historii o wojnie i codziennej polityce.

Pod względem inscenizacyjnym rewolucji tutaj nie było, choć złośliwi mogliby powiedzieć, że tak nieprzygotowana publiczność może zapewne wyobrażać sobie sztuki Szekspira: aktorzy przemawiają do siebie z wysokości, a najmniejsze gesty uzyskują rangę wielkiego metafizycznego – i przyznajmy, nieco histerycznego – przeżycia.

Nie ma jednak wątpliwości, że Marta Streker jest artystką odważną.

Twe kolory to...

Do środowiskowej anegdoty przeszła skłonność Anny Augustynowicz do utrzymywania swoich przedstawień w czerni i bieli. Nie inaczej jest w „Ślubie” Witolda Gombrowicza, który powstał we współpracy Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. Reżyserka zaprezentowała wizję oszczędną i znakomicie skomponowaną, mocno związaną z oryginałem.

Takiego Gombrowicza można pokazywać na całym świecie.

Wzruszenie ramion

Teatr Polski w Poznaniu pokazał u nas „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra – rzecz o tym, jak w małej społeczności rodzi się przemoc wobec innych. Spektaklowi niczego pod względem warsztatowym nie brakuje, sam temat może już dziś jednak wywoływać wzruszenie ramion – tak często się go dziś eksploatuje. Należy zauważyć, jak bardzo artystycznie rozwinął się Piotr Dąbrowski – dopiero w Poznaniu autentycznie rozpoczęła się jego kariera.

Nabieranie tempa

Toruńska publiczność nie miała szans obejrzeć do końca spektaklu Teatru Muzycznego w Gdyni. Przerwała ją niedyspozycja zdrowotna jednej z aktorek. „Kumernis czyli o tym, jak świętej panience broda rosła” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz mógłby przyciągać nas wyjątkowym klimatem, imponującymi dekoracjami i znakomitym przygotowaniem fizycznym aktorów. Trudno ocenić ostatecznie sztukę, która zdawała się dopiero nabierać tempa. Wielka szkoda.

Ewelina się popłakała

Aktorzy TR Warszawa zastrzegli, że ich „Ewelina płacze” w reżyserii Anny Karasińskiej to eksperyment, a te mogą się udać lub nie udać. Tu się udało.

Duże stężenie patosu

Trudno powiedzieć, czy Cezary Iber wytworzył własny inscenizatorski styl, czy powoli zaczyna osiadać we własnej stylistycznej manierze. Gdy przypatrzymy się uważniej spektaklom, które dotychczas pokazywał na toruńskich festiwalach i w regularnym repertuarze Teatru Horzycy, zauważymy, jak w bardzo podobny sposób konstruuje wszystko, co się dzieje na scenie. Oprócz umiejętnej gry na wielu planach, na pewno zobaczymy wstawki wideo, dopracowaną warstwę świetlną, oszczędne dekoracje i starannie opracowany ruch sceniczny.

Głośne „Pogorzelisko” Wajdiego Mouawada może poruszać, może zmuszać do łez. W spektaklu Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie mamy wzruszającą historię rodzinną, wojnę, tortury i miłość, która potrafi zwyciężać zło. Choć w ekranizacji sztuki całość wybrzmiewa bardzo brutalnie, Iber postanowił najmocniejsze momenty opowiedzieć za pomocą tańca. I o ile można zrozumieć skomplikowany układ choreograficzny w przypadku sceny miłosnej, przedstawienie gwałtu wydaje się jakąś grubą pomyłką – przemoc staje się estetyczna, jest w niej jakaś subtelność i intymność.

Wielkie brawa należą się Iberowi za pracę z aktorami – grają subtelnie, filmowo, w wielu rejestrach. Dzięki temu spektakl nie wybrzmiewa w finale jak melodramatyczna szmira. A o to przy takim natężeniu patosu wcale nietrudno.

Ta historia jest o tobie

Jakub Skrzywanek, który wystawił „Cynkowych chłopców” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, może spokojnie powalczyć o nagrodę reżyserską. Zachwyca przede wszystkim swoboda, z jaką ten twórca sięga po różne gatunki. Mamy tutaj nawiązania do sceny musztry z „Full Metal Jacket” Stanleya Kubricka, ścieżka dźwiękowa przypomina niepokojące ambientowe pejzaże z serialu „Breaking Bad” i wykorzystanie „Mother” Pink Floyd. Wiele motywów nurza się w stylistyce Davida Lyncha.

Reżyser zajął się znanym reportażem laureatki Literackiej Nagrody Nobla Swietłany Aleksijewicz. Za pisarką przywołuje świadectwa pokaleczonych moralnie i emocjonalnie weteranów wojny w Afganistanie, jednak za każdym razem przypomina, że w istocie ta opowieść jest o Polsce i coraz głośniejszym przekonaniu, że wojna jest blisko, że należy się zbroić, że poświęcenie życia ojczyźnie to wartość najwyższa. Ten antywojenny spektakl całkowicie odrzuca tę prostą mitologię – z wojny nie wracają bohaterowie i narodowi herosi, ale kolejne ofiary.

Gdy kobieta idzie na wojnę

Podobne struny trąca także przedstawienie „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, które Elżbieta Depta zrealizowała w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach. Znów mamy wojenny reportaż Swietłany Aleksijewicz, znów scena przeżywa napaść kolejnych atrakcji: cytatów z muzyki popularnej i krwawych projekcji wideo. Tym razem bohaterami są żołnierki Armii Czerwonej. I pojawia się naturalne pytanie: czy wojna przystoi kobiecie? Towarzysze broni naszych bohaterek naśmiewają się z kobiecości, ale panie udowadniają, że są zdolne do wielkich czynów i poświęceń, do wielkiego okrucieństwa i wojennych zbrodni.

Spektakl po prostu wgniata w siedzenie. Kolejne postaci opowiadają po kolei, jak okaleczyła je wojna, jak wdarła się w nie i przez dziesięciolecia nie dała się wyplenić. Depta za Aleksijewicz pokazuje, że wojna to nie jest heroiczna opowiastka o wielkich czynach. Reżyserka tworzy wielogłosowy portret straconego pokolenia, które nie było w stanie powrócić do normalnego życia. Spektakl jest bardzo dobrze przygotowany pod względem muzycznym – niektóre piosenki brzmią jak lament niewolników z delty Missisipi. Anna Antoniewicz, która debiutowała w tym spektaklu, stworzyła mocną kreację. Na uwagę zasługiwała także rola pochodzącej z Torunia Dagny Dywickiej.

Nie płakałem po Bydgoszczy

Teatr Polski z Bydgoszczy przyjechał do nas z prawdziwie wybitnym spektaklem „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” w reżyserii Wiktora Rubina. Sztuka przede wszystkim brawurowo wplata reakcje publiczności w tekst. W Toruniu wprowadzenie nas w akcję zaczęło się od tego, że aktor życzy kichającemu widzowi zdrowia, a kończy się niesamowitą i trudną w gruncie rzeczy do zaplanowania grą z widownią. Finał tego spektaklu należy koniecznie osobiście zobaczyć. Bydgoski teatr zaprezentuje to widowisko jeszcze trzykrotnie podczas tego sezonu. Polecam zatem wycieczkę do sąsiedniego miasta.

Rzecz dotyczy zapomnianej rewolucjonistki, która zaangażowanie w walkę przepłaciła fanatyzmem, niesławą i szaleństwem. Wiktor Rubin i autorka sztuki Jolanta Janiczak w pewnym momencie całkowicie odchodzą od tej historii i rewolucję francuską osadzają w Polsce. Rzucane ze sceny współczesne hasła o emancypacji i równości brzmią szczerze, mimo że wiele monologów nie różni się wcale od treści ulotek rozdanych widzom podczas przedstawienia.

Nie przeszkadzają specjalnie ani dłużyzny, ani mielizny literackie, ani nawet usterki językowe. „Żony stanu” są wspaniale zagrane, z wielkim luzem i błyskotliwą kreacją debiutantki Magdaleny Celmer, która zapewne może liczyć na ciepłe przyjęcie festiwalowego jury. Rubin świetnie operuje planami – aktorzy biegają między widzami, angażują ich coraz silniej w rewolucję odbywającą się na scenie. Wychodzą ze swoich ról, komentując męski skład jury. Naśmiewają się z kulturalnych decydentów, nie oszczędzają znanych polityków i publicystów. Taki teatr jest bardzo bliski rzeczywistości i przekonuje, że dobra sztuka zawsze w jakimś sensie jest polityczna.

W pewnym momencie aktorzy mówią, że teatr nie zmieni świata, że nikogo on w istocie nie obchodzi. Oglądając ten piękny spektakl, zaczynam wierzyć, że mogą nie mieć wcale racji. Widzowie z tego przedstawienia wyszli wstrząśnięci i pełni nadziei, że zmiana jest możliwa.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.