Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piotr Poprawka, prawnik, pochodzi z Mińska. Był obserwatorem podczas wyborów do parlamentu w 2018 i w 2019 roku. Na jego oczach dokonywano fałszerstw. – Byłem w lokalu wyborczym jeszcze przed jego otwarciem aż do wywieszenia protokołów – opowiada Piotr. – Przez cały dzień naliczyliśmy 385 osób. Komisja napisała, że było ich 735. Napisaliśmy zażalenie, ale nie chciano go przyjąć. Milicja wyprowadziła nas z lokalu.

W 2020 Piotr nie mógł być obserwatorem wyborów, bo dla niego – jako działacza politycznego – represje zaczęły się już w kwietniu. Raz zatrzymano go na dziesięć dób. Do dziś ma na rękach ślady po kajdankach. Angażował się podczas tegorocznej kampanii prezydenckiej. Zakładano mu sprawy i stawiano nieprawdziwe zarzuty. Władza chciała zrobić działaczom czarny PR. Piotrowi postawiono zarzut spowodowania mniejszych obrażeń funkcjonariusza. Miał rzekomo złamać palec jednemu z milicjantów.

Walczyć, gdzie nie można

Mężczyzna z rodziną i przyjaciółmi uczestniczył w protestach w Mińsku od 10 sierpnia. Jednemu z jego kolegów granat przeleciał pod nogami. Na demonstracje Piotr zabrał też syna, który walczył niegdyś w wojskach artyleryjskich. Żona Piotra pytała syna, dlaczego idzie na protest. – Powiedział, że kiedy składał przysięgę wojskową, obiecywał bronić kraju – opowiada Piotr. – Ja dałem mu błogosławieństwo i powiedziałem, że trzeba walczyć tam, gdzie można, a jeszcze bardziej tam, gdzie nie można.

Na szczęście syn nie został aresztowany. On i jego przyjaciele oberwali tylko gumowymi kulami. Piotra na protestach nie zidentyfikowano ani nie aresztowano, chociaż przemawiał. Zadbał o kamuflaż.

20 września przedstawiono Piotrowi „zarzuty”. Mówiono, że brał udział w nielegalnym zgromadzeniu. – To były nieprawdziwe informacje. Byłem w Mińsku, a mówili, że przebywałem w innej miejscowości.

Piotrowi postawiono zarzut, za który jednoznacznie groziłoby mu więzienie. – Najpierw zakładają sprawę administracyjną. Potem dokładają inne, większe. Można przez to siedzieć w nieskończoność.

Mężczyzna zdecydował o wyjeździe po rozmowie z synami, z żoną i z kolegami po fachu. Z zamiłowania Piotr jest malarzem. Wyjazd do Polski da mu szansę na oddanie w sztuce białoruskich protestów. Wszystkie jego prace zostały na Białorusi. Niemożliwe byłoby wywiezienie dzieł o takiej tematyce. Nawet za podobiznę Łukaszenki, którą namalował, mógłby mieć nieprzyjemności. Żeby portretować dyktatora, trzeba mieć zgodę ministerstwa. Zabrał z domu farby i pędzle i ruszył do Polski swoim samochodem.

Podobizna Łukaszenki autorstwa Piotra PoprawkiPodobizna Łukaszenki autorstwa Piotra Poprawki nadesłane

Wyjeżdżając, nie miał wizy humanitarnej. Skłamał podczas kontroli granicznej, że jedziecie do Polski odebrać kolekcję swoich obrazów, które wcześniej wywiózł. To prawda, więc miał dokumenty, które przydały mu wiarygodności. Po załatwieniu formalności i odbyciu kwarantanny, trafił do ośrodka dla cudzoziemców w Grupie koło Grudziądza.

„Państwo do życia”

Aliaksandr Andrejew ma 29 lat. Wcześniej mieszkał w Orszy i pracował jako programista. Przez ostatnie pół roku zajmował się hodowlą królików. Ma dwójkę dzieci – dwuletnią córkę i czteroletniego syna. Jego żona jest w ciąży. Ich spokojne życie skończyło się w marcu. – Po rozmowie z przyjaciółmi stwierdziłem, że w ogóle nie znam się na polityce i wypadałoby to zmienić. Wtedy wszedłem na kanał Siergieja Cichanouskiego na YouTube i zrozumiałem, że mamy na Białorusi poważne problemy – mówi Aliaksandr.

Cichanouski jeździł po kraju, by spotykać się i rozmawiać ze swoimi zwolennikami. 18 marca przyjechał do Orszy. Po tym wydarzeniu Aliaksandr zachęcał mieszkańców swojego miasta, żeby co tydzień w niedzielę spotykali się na głównym placu i rozmawiali o polityce. – Dla tych spotkań stworzyłem kanał w Telegramie „Orsza do życia”. Ta nazwa nawiązywała do ogólnego kanału Cichanouskiego „Państwo do życia”.

Aliaksandr chciał wstąpić do partii politycznej Narodna Gromada, która wystawiła około czterdziestu kandydatów. Rozpowszechniał ulotki papierowe i informacje w sieci o działalności Łukaszenki. Zbierał też podpisy na listach. Wniosek o zapisanie do partii złożył pod koniec marca. Nie mógł potwierdzić członkostwa, bo został aresztowany. Pierwszy raz zatrzymano go 8 maja. Był wówczas u mamy w odwiedzinach. Stamtąd zabrała go milicja na przesłuchanie w sprawie marcowego spotkania z Cichanouskim. Na komendzie założono mu sprawę za udział w nielegalnych zgromadzeniach. – Sąd skazał mnie na 10 dób w więzieniu. Odsiedziałem całą karę.

Data aresztowania Aliaksandra była nieprzypadkowa. 7 maja zatrzymano Cichanouskiego, dzień po nim wszystkich aktywistów. Chodziło o to, że od 9 do 18 maja można było oficjalnie zarejestrować się jako osoba zbierająca podpisy. Im to uniemożliwiono, mimo to Aliaksandr się nie poddał. Razem ze znajomymi organizował pikiety i pomagał w kampanii. W międzyczasie Cichanouskiego zwolniono z więzienia i ponownie aresztowano w Mochylewie.

11 czerwca aresztowano Wiktora Babarikę, bankiera i konkurenta Łukaszenki. Po tym w Mińsku i innych miastach zebrały się łańcuchy solidarności. – W Orszy było nas około stu. Staliśmy w rzędzie bez żadnych haseł czy transparentów. Przejechałem na tle łańcucha z flagą „Państwa do życia” Cichanouskiego.

24 czerwca aktywistów wezwano na spotkanie z merem miasta, tj. z lokalną władzą i z przedstawicielem Łukaszenki Andrijczenką. – Zapytałem, dlaczego obecny prezydent pozwala sobie na poniżanie i obrażanie swojego narodu i dlaczego ludzie nieoznakowani mają prawo zatrzymywać obywateli i wciągać ich do busów. Odpowiedziano mi, że mamy wspaniałomyślnego prezydenta – mówi Aliaksandr.

Dwie godziny po tej rozmowie mężczyzna został zatrzymany u siebie w domu za udział w łańcuchu solidarności. 29 czerwca odbyła się rozprawa. Zasądzono mu 15 dób aresztu, mimo to zaraz po wydaniu wyroku odwieziono go do domu. – Zrobili to po to, żeby mnie zgarnąć bliżej wyborów.

Bici, poniżani

Aliaksandr złożył dokumenty, żeby być obserwatorem w lokalu wyborczym. Dzień po tym został zatrzymany, żeby odbyć zasądzoną mu w czerwcu karę. Od 31 lipca do 12 sierpnia przebywał w więzieniu.

9 sierpnia, kiedy zaczęły się demonstracje, do aresztu, w którym siedział, zaczęto przywozić protestujących. Cały czas klęczeli na korytarzu i byli zmuszani do śpiewania hymnu Białorusi. Bito ich. – Areszt śledczy ma miejsca dla 120 osób. Nas tam było dwa razy więcej. Ludzie spali wszędzie, na podłodze, na ławkach, pod nimi.

Większość zatrzymanych była ranna i posiniaczona. Rano wypuszczono mniej pokrzywdzonych. Kolejne osoby przywożono codziennie wieczorem, zwalniano następnego dnia. – Zatrzymywano tych, którzy znaleźli się blisko protestów. Nieważne, czy byłeś akurat taksówkarzem w pracy, czy wyszedłeś do sklepu.

12 sierpnia Aliaksandra zwolniono z aresztu. Zdążył zrobić dosłownie jeden krok po wyjściu z budynku, zanim podszedł do niego komendant. – Zapytał, czy dostałem wszystkie dokumenty i czy opłaciłem pobyt w areszcie śledczym. Kazał mi wrócić. Po tym, jak wszedłem z nim do budynku, kazał ponownie mnie spisać. Zaprowadzili mnie do śledczego, który cały czerwony i drżącymi rękami pisał protokół o tym, że po wyjściu z komendy wyrażałem się niecenzuralnie o obecnej władzy.

Zarzuty były nieprawdziwe, dowodów nie było. Milicjanci mówili, że mają akurat zepsuty monitoring na komendzie. Aliaksandr dostał kolejnych 15 dób odsiadki. – 17 sierpnia zostałem wezwany przez naczelnika aresztu śledczego. Groził, że będę bity i katowany oraz że założą mi sprawę i dostanę pięć lat w więzieniu. To wszystko po to, żebym usunął swój kanał w Telegramie „Orsza do życia”. Zadzwoniłem do żony i poprosiłem, żeby to zrobiła.

Potem oprowadzano Aliaksandra po areszcie śledczym i kazano mu oglądać, jak traktowani są protestujący. – Mówili, że to moja wina, że ludzie nie byliby tam, gdybym nie wzywał ich do udziału w zgromadzeniach.

W nocy nie dawano aresztowanym spać. Cały czas pukano w drzwi, a zza ścian słychać było krzyki katowanych demonstrantów. Następnego dnia rano Aliaksandr został wypuszczony. – Nie dosiedziałem dziewięciu dni. W internecie już krążyły informacje, że mam założone sprawy. To były znaki od milicji, żebym się nie wychylał.

Szczęśliwy finał

Na przesłuchaniach oskarżano go, że jest opłacanym polskim albo rosyjskim agentem. Po wyjściu z więzienia nie uczestniczył w protestach. Zbierał już dokumenty i myślał o wyjeździe z kraju. Nie zdążył jednak skończyć wyrabiania wizy roboczej. – Członek grupy inicjatywnej Swietłany Cichanouskiej ostrzegł mnie, że zostanę aresztowany, będę odsiadywał dziewięć dób, które mi zostały, a później założą mi sprawę karną.

Aliaksandr zabrał żonę i dzieci do Mińska. Tam próbowali kupić bilet do Polski bez aktualnej wizy. Nie udało się, więc pojechał do Brześcia. Kierowca autobusu był Polakiem. Zobaczył, że Aliaksandr nie ma wizy, ale i tak zgodził się go zabrać, ryzykując, że sam zostanie ukarany po kontroli granicznej. Aliaksandr podczas kontroli powiedział, że wyjeżdża na studia. Na szczęście nikt nie poprosił o potwierdzający to dokument. Kiedy już był w Polsce, funkcjonariusze Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Republiki Białoruskiej przyjeżdżali do jego znajomych aktywistów, pytali, gdzie jest, jakie ma plany. Na początku listopada jego żona przyjechała do Polski z dziećmi na podstawie wizy humanitarnej. Rodzina jest razem i mieszka w Toruniu w wynajętym mieszkaniu.

Zaangażowanie w politykę skomplikowało życie jego rodziny, ale Aliaksandr nie żałuje swoich decyzji. – Żałowałbym, gdybym siedział na kanapie i nic nie robił.

Tłumy na ulicach

Vasilij Konkin z Iwacewicz ma 20 lat. Pracował w Polsce, ale 6 sierpnia wrócił do Białorusi na wybory. Trzy dni później pojechał do Mińska. Poszedł w stronę placu Kalinowskiego – jednego z głównych punktów w mieście. Idąc mijał bardzo dużo patroli milicji. – Umówiliśmy się ze znajomymi, ale przez to, że internet był odłączony, nie mogliśmy się skomunikować – opowiada.

Milicja blokowała przejście. Nie przepuszczała w stronę Białego Domu i placu Kalinowskiego. Vasilij poszedł do Stelli przy parku Zwycięstwa. Tam zobaczył około 2000 osób, gdzie zauważył ludzi z barwami narodowymi i z herbem Pogoni.

Jak tylko zgromadzeni ruszyli, zaczęły jeździć omonowozy. Przeganiano demonstrantów. Kiedy Vasilij wyjął telefon i zaczął filmować demonstrację, zobaczył, że ludzie są zgarniani przez OMON. – Przesunąłem kamerę i zobaczyłem około 10 omonowców kierujących się w moją stronę. Schowałem telefon i zacząłem biec. Jeden chwycił mnie za rękę, ale udało mi się wyrwać.

Vasilij uciekł na górkę, gdzie stało kilkadziesiąt osób. Stamtąd widział, jak OMON łapie ludzi, którzy nawet nie uczestniczyli w protestach. Zapełniano jeden omonowóz za drugim. W końcu Vasilij i około 30 mężczyzn zbiegli na dół prosto na funkcjonariuszy. Mieli przewagę liczebną, więc chcieli ich odpędzić, żeby nie zabierali niewinnych ludzi. Po chwili jednak na miejscu pojawiło się więcej omonowców. – Poczułem, jak ktoś mnie popycha i się przewróciłem. Podniosłem się, chciałem wrócić do akcji, ale spojrzałem w dół. Po ziemi biegała czerwona kropeczka. Celował do nas snajper. Kiedy podniosłem wzrok, zaczęto rozpryskiwać gaz łzawiący.

Vasilij poszedł do sklepu po wodę. Kiedy wyszedł, zobaczył kolejne tysiące protestujących, ale też znacznie więcej OMON-u i milicji. Próbowano rozpędzić demonstrację m.in. armatkami wodnymi. Ludzie robili barykady. Latały granaty hukowe. Karetki zabierały kolejne osoby.

Protestujący byli podzieleni na dwie kolumny. Omonowóz przejechał między nimi. Jeden mężczyzna zahaczył się o lusterko i pojazd go ciągnął. Kiedy spadł na ziemię, jeszcze po nim przejechano. – Chcieliśmy podejść i mu pomóc, ale zaczęto rzucać granaty. Nie pozwolono nam. Ten chłopak zginął.

Wtedy protestujący zaczęli się przemieszczać w stronę Prospektu Niezależności. Niedaleko celu zobaczyli milicję. Poszli okrężną drogą. Napotkali kolumnę osób ubranych na zielono. To nie był ani OMON, ani milicja. Strzelali w tłum gumowymi kulami i rzucali granatami. – Rozproszyliśmy się po podwórkach. Chodziliśmy po mieście i szukaliśmy swoich. Było koło drugiej w nocy.

Kiedy tłum przechodził przez most, OMON odciął przejście z obu stron. Znowu strzelano i rzucano granaty. – Nie mogliśmy skoczyć na dół, bo pod mostem biegły tory. Widziałem, jak ktoś strzelił do dziewczyny, która uciekała od OMON-u. Położyłem się na ziemi.

Tępe odgłosy uderzeń

Vasilija zabrano do omonowozu. Przewieziono go do Okrestino. Ten areszt śledczy w Mińsku od sierpnia porównuje się do Auschwitz. Zza jego murów słychać tępe uderzenia i krzyki. – Przez cztery godziny staliśmy na korytarzu z rękoma skutymi z tyłu. Bili nas i poniżali. Potem zaprowadzili do cel i kazali rozebrać się do naga. Przeszukali ubrania, kazali kucnąć dwa razy. Oddali tylko bieliznę. W celi na noc zostało 45 osób. Miejsca do spania starczyło dla ośmiu.

11 sierpnia odbyły się kilkuminutowe przesłuchania. Po nich zatrzymani wrócili do cel – rozmieszczeni tak, aby nie mieli kontaktu z osobami aresztowanymi w innych dniach. Dopiero tego dnia wieczorem Vasilij dostał posiłek – makaron z parówką i kawałkiem chleba. Aresztowanym nie dano sztućców.

Później Vasilij i inni zatrzymani zostali wyprowadzeni na podwórko. Miał na sobie tylko majtki i skarpety. Ktoś oddał mu swoją bluzę. – Mijały kolejne godziny. – Przywozili do aresztu Okrestino kolejne osoby. Słyszeliśmy ich płacz. Potem OMON zaczął się nami bawić. Ganiał nas pałkami z jednej strony spacerniaka na drugą.

W nocy na podwórku było okropnie zimno. – Jedna osoba zdejmowała but, siadała na nim, rozszerzała nogi, a przed nim siadała kolejna. Utworzyliśmy koło i tak się grzaliśmy. Niektórym udało się zasnąć chociaż na chwilę, ale budził nas chłód.

Nad ranem zaczęto wyprowadzać zatrzymanych ze spacerniaku do toalety. Potem wsadzano ich do samochodów i przewieziono do więzienia. Była szansa, żeby pierwszy raz od uwięzienia szybko obmyć się z potu, kurzu i krwi. 14 sierpnia Vasilij opuścił więzienie. Przed wyjściem czekali wolontariusze.

Po powrocie do domu Vasilij codziennie chodził na demonstracje. 27 sierpnia rano obudził się, a nad nim stało dwóch pracowników milicji. Zabrano go na komendę, gdzie pokazano mu jego prywatną korespondencję, w której m.in. nawoływał, żeby walczyć z OMON-em. – Pokazali mi nagranie z 23 sierpnia, kiedy szedłem na czele protestu z flagą. Uznano, że ja i mój przyjaciel kierowaliśmy całą demonstracją i za to postawiono nam zarzuty.

Z komendy Vasilij pojechał do sądu. Dostał karę pieniężną. Po przesłuchaniach otrzymał ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz złapią go na proteście, pójdzie za kratki. – Wyrobiłem wizę humanitarną i wyjechałem z kraju. Po dwóch tygodniach dzwonili do mojej mamy i prosili, żebym stawił się na komendzie. Od wtedy jest cisza.

15 grudnia Vasilijowi przyznano status uchodźcy. Nadal mieszka w ośrodku dla cudzoziemców w Grupie.

10 sierpnia internet przestał działać

Giorgi Titowicz ma 27 lat. Mieszkał w Witebsku. 10 sierpnia - dzień po wyborach prezydenckich - zauważył w pracy, że zaczął zanikać internet. Władza chciała w ten sposób uniemożliwić Białorusinom wymianę informacji. Nie można było nawet zamówić taksówki. Zagranica wiedziała szybciej niż mieszkańcy o tym, co się dzieje. Tego samego dnia podano wyniki wyborów. - Wiedziałem, że to fałszerstwo. Ani ja, ani nikt z mojej rodziny czy przyjaciół, nie głosował na Łukaszenkę - mówi Giorgi. - 10 sierpnia wieczorem wyszliśmy w Witebsku na ulicę, żeby pokazać, że nie zgadzamy się z wynikami wyborów. Chodziliśmy po mieście, a na koniec wszyscy zebrali się w centrum miasta.

Przyszedł deszcz. Dużo osób zeszło do przejść podziemnych, żeby przeczekać. Kiedy przestało padać i ludzie znowu wyszli, osoby ubrane po cywilu zaczęli zgarniać protestujących. Giorgi wyjął telefon, żeby to nagrać. Został uderzony w szyję od tyłu. Przewrócił się i upuścił telefon. - Podniosły mnie dwie osoby. Trzecia wzięła telefon. Zaprowadzili mnie do busa z ciemnymi szybami. Nie odpowiadali na pytania, kim są i czemu mnie zatrzymują. Ręce związali mi z tyłu plastikową opaską.

Na początku w busie były cztery osoby, potem przez 45 minut jeżdżenie po mieście, zgarnięto jeszcze dwie. W czasie jazdy nie wolno było podnosić głowy i patrzeć w szybę, żeby nie można było zobaczyć nawet odbicia zatrzymujących. Sześciu zatrzymanych, w tym Giorgię, przewieziono na komendę. - Kazali mi odblokować telefon. Kiedy odmówiłem, prowadzili mnie do budynku - opowiada Giorgi. - Nie chciałem tam wejść, więc uderzyli mnie kilka razy pałką po nogach, żebym nie mógł się bronić.

"Polscy okupanci"

Zatrzymanym mężczyznom zabrano torby, biżuterię, ale nie rozbierano ich do noga. Zabrano ich do sali gimnastycznej. Tam około czterdziestu osób leżało jeden przy drugim twarzą do ziemi, z rękami związanymi z tyłu i z rozszerzonymi nogami. - Między nami chodzili funkcjonariusze OMON-u i krzyczeli, że jesteśmy polskimi okupantami, że sprzedamy ojczyznę w imię każdego grosza - wspomina Giorgi.

Łukaszenka twierdzi, że Unia Europejska, a w szczególności Polska, Litwa i Czechy sterują protestami i opłacają demonstrantów.

Giorgi TitowiczGiorgi Titowicz fot. Zuzanna Kuffel

Po jakimś czasie OMON zaczął wyprowadzać po jednej osobie w odstępach około 15 minut. Kiedy wyprowadzili Giorgija znowu kazali mu odblokować telefon. Po tym jak odmówił, funkcjonariusze wrzucili komórkę do szklanki z wodą. Przesłuchanie było nagrywane, zadawano podstawowe pytania. - Po tej rozmowie zaprowadzili mnie do aresztu śledczego. Tam już było trzynaście osób. OMON w ogóle nie reagował na nasze prośby o szklankę wody czy wyjście do toalety. Dopiero o świcie zaczęli nas powoli wypuszczać, zwrócili rzeczy. - Kiedy dotarłem do miejskiego transportu i chciałem kupić bilet, zobaczyłem, że nie mam pieniędzy w portfelu - opowiada Giorgij.

Giorij musiał wziąć kilka dni wolnego z pracy, bo przez uderzenia pałkami w nogi, trudno mu było chodzić. Następny duży protest w Witebsku odbył się w piątek 14 sierpnia. OMON-u już nie było na ulicach miasta. Jeździła milicja i informowała przez głośniki, żeby ludzie nie wchodzili na jezdnię, nie przechodzili na czerwonym świetle, itd. Jeździły jednak samochody, które nagrywały marsz. W następny poniedziałek do Giorgija przyszedł dzielnicowy z dwoma milicjantami. - Mówili, że w najlepszym wypadku czeka mnie 15 dób aresztu i kara pieniężna, a w gorszym będzie założona sprawa za przewodniczenie protestom. Po tym już nie chciałem uczestniczyć w masowych protestach, bo groziły mi poważne konsekwencje.

Po wizycie milicjantów Giorgi już tylko spotykał się z przyjaciółmi, z którymi rozmawiał o sytuacji w kraju i jeśli wychodzili, to na swoich dzielnicach i w małych grupkach. Mimo to od piątku do niedzieli funkcjonariusze dzwonili do drzwi Giorgija i pytali, jakie ma plany na weekend, czy wybiera się na protesty. - Przychodzili ubrani po cywilu. Przedstawiali się jako milicja, ale nie reagowali na prośby okazania legitymacji, więc nie otwierałem im drzwi - mówi Giorgij.

Nowe twarze w pracy, najścia po cywilu

Na Białorusi chodzą pogłoski, że Łukaszenka ma sporo najemników z Rosji do pacyfikowania protestów, którzy nie legitymują się i chowają twarze. Giorgi pracuje w budynku, do którego obowiązują przepustki. Przez rok nie pojawiały się tam nowe twarze aż nagle zobaczył nieznajomych chodzących między piętrami. - Najścia po cywilu trwały dalej. Już nawet nie otwierałem, wyłączałem światła. Co weekend dzwoniono do mnie, żeby pytać, jakie mam plany. Wtedy pomyślałem, że trzeba wyrobić wizę humanitarną, żeby w razie czego wyjechać z państwa - mówi Giorgij.

Wizę Giorgij dostał pod koniec września. Dwa dni po tym zadzwoniono do niego z komitetu śledczego i wezwano na przesłuchanie jako organizatora protestów. Prosił, żeby przysłano mu oficjalne wezwanie, żeby szef wypuścił go z pracy. Powiedzieli, że dostanie wszystko na miejscu. - Proponowałem, że odpowiem na ich pytania telefonicznie albo żeby przyszli przesłuchać mnie w biurze. Nie chciałem jechać sam nie wiadomo do kogo. Po rozmowie ze znajomymi doszedłem do wniosku, że jeśli tam pójdę, zostanę aresztowany. Na przesłuchanie umówiłem się na piątek. W czwartek, dzień przed tym, wyjechałem do Polski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.