- Czuję ogromny dysonans. Miesiąc przed wojną dostaję najważniejszą nagrodę kulturalną w Polsce, a miesiąc później staję się nikomu nieznaną, dziarską feministką, która przekazuje podstawowe informacje na granicy i jest tłumaczką - mówi Jana Shostak, pochodząca z Białorusi artystka i aktywistka.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paulina Błaszkiewicz: Od kilku tygodni pomagasz uchodźcom z Ukrainy. Dobrze było wrócić na scenę na festiwalu Klamra w Toruniu?

Jana Shostak: Czułam się dziwnie, gdy wróciłam na scenę poprzez ten stand-up. To, że wyjeżdżam z granicy, było abstrakcją. Ale za chwilę tam wracam. Z góry przepraszam, że chaotycznie mówię, ale właściwie nic nie jest uporządkowane. To katastrofa, która się dzieje codziennie i trwa.

„Nie wyobrażam sobie, jak to jest, gdy twój rodzic, rodzeństwo, dziecko czy małżonek jest torturowane. A Ty nie możesz nic z tym zrobić". Tak o tym, co dzieje się na Białorusi, mówiłaś, odbierając Paszport "Polityki" w kategorii „sztuki wizualne". Miałaś na sobie sukienkę z portretami białoruskich więźniów politycznych. Kilka tygodni później Rosja zaatakowała Ukrainę. Kilka dni temu świat dowiedział się o masakrze w Buczy pod Kijowem...

- Wszyscy zapomnieli o sytuacji w Białorusi, która wciąż eskaluje. Tego nie widać. To inny wymiar wojny niż w Ukrainie, ale to też wojna. Jest 1400 zakładników, którzy są w więzieniach ometkowani żółtymi paskami. To niewidzialna wojna, dlatego ważne było dla mnie, by to pokazać, choć jako aktywistka coraz mniej wierzę w gesty symboliczne. Wolę działanie bezpośrednie, ale w styczniu chciałam powiedzieć rodzinom więźniów politycznych, że cały czas o nich pamiętamy i nie zapomnimy. To niesamowite, bo teraz czuję ogromny dysonans. Miesiąc przed wojną dostaję najważniejszą nagrodę kulturalną w Polsce, a miesiąc później staję się nikomu nieznaną, dziarską feministką, która przekazuje podstawowe informacje na granicy i jest tłumaczką.

Co myślisz, gdy patrzysz na Europę?

- Myślę, że żaden z tych mądrych zachodnich krajów nie rozumie, co się dzieje. Czuję żal, że nikt nie usłyszał krzyku Białorusinów w związku z białoruską rewolucją, a przecież prosiliśmy dokładnie o to samo, o co prosili Ukraińcy, gdy napadła na nich Rosja. O odłączenie od SWIFT-u, o brak współpracy z reżimem. Dla mnie życie w takim systemie nie jest żadną nowością. Wyrastałam w reżimie, ale myślę, że gdyby Europa zareagowała wcześniej na to, co tam się działo, to może dziś nie mielibyśmy takiej eskalacji reżimów? Pytamy, co dalej, wymieniamy sankcje, ale obawiam się, że nawet zdjęcia z podkijowskiej Buczy nie wystarczą, by dotrzeć do świadomości ludzi. Większości z nich, szczególnie tym, którzy dołączyli do tego zrywu solidarnościowego, trudno zrozumieć, że to maraton, a nie sprint.

Kończy nam się chęć pomagania?

- Tak, w pierwszym miesiącu wojny wszyscy dawali z siebie wszystko, a teraz Ukraińcom coraz trudniej znaleźć u nas pomoc. Trudniej też znaleźć w ludziach energię do pomagania, szczególnie gdy ci, którzy próbowali pomóc, nie znaleźli odpowiedniego sposobu, by to zrobić, albo nie dostali informacji zwrotnej, np. czy dotarła paczka, którą wysłali w dane miejsce.

Ludzie cały czas są chętni do pomocy, ale nie ma zinstytucjonalizowanej energii.

Co masz na myśli?

- Codzienne sytuacje. Powstał portal działający w kontekście rozlokowywania tymczasowo ludzi do miejsc noclegowych uasos.org, ale więcej jest tam próśb o nocowanie niż propozycji noclegu ze strony ludzi. To dosyć duże dysproporcje.

Myślisz, że wojna nam spowszedniała?

- Myślę, że ludziom z Polski nadal trudno zrozumieć, że to, co się dzieje w Ukrainie, jest bardzo blisko i za chwilę może się zacząć u nas. System wyparcia u ludzi jest bardzo mocny. Nawet niektóre osoby, które siedzą w schronach przeciwbombowych w Ukrainie, nie wierzą, że toczy się wojna. Co więc mówić o ludziach mieszkających w Polsce, którzy nie rozumieją powagi całej sytuacji i tego, że trzeba fundamentalnie podejść do tego, czym powinniśmy się zajmować? Patrzę na to w kontekście środowiska kulturalnego. Zostało w nim bardzo mało osób, które pomagają bezpośrednio nowo przybyłym osobom. Część powróciła do symbolicznych gestów. One są ważne, ale powinny być dodatkiem do bezpośredniej pomocy. W czasach „Solidarności" w Polsce było pospolite ruszenie. Prawie w każdej rodzinie, ale to nie działo się miesiąc.

Wierzyliśmy, że ta wojna szybciej się skończy.

- Na pewno każdy miał taką nadzieję, szczególnie ludzie z Ukrainy. Osoby, którym pomagamy na granicy, nie chciały rejestrować nawet polskiej karty SIM, bo myślały, że to się szybko skończy.

I wrócą do domu?

- Tak, dlatego tak dużo ludzi mimo ofert pomocy z zagranicy zostało w Polsce. Bo bliżej, bo to miejsce tymczasowe. Wielu zostało też, dlatego, bo nie ma przepływu informacji dotyczących tego, które państwo co oferuje, jakie ma poziomy wsparcia. Nikt nie powiedział Ukraińcom: "Nie bójcie się jechać do Anglii lub Portugalii, tam co miesiąc na start jest pakiet finansowego wsparcia".

Kryzys uchodźczy to nadal abstrakcja?

- Państwo polskie nie może tego zrozumieć, ale myślę, że wielu ludzi też.

Jeszcze kilka tygodni temu miałam wrażenie, że sytuacja w Ukrainie ratuje nasz wizerunek jako Polski gościnnej, a nie ksenofobicznej, zamkniętej.

- To na pewno się zmieniło. Zrobili to ludzie, w większości wolontariusze. Cały czas nie ma jednak pomocy systemowej. Próbuję dobić się różnymi drzwiami i oknami, by powiedzieć, że mamy siódmy tydzień wojny, a na granicy nie ma podstawowej rzeczy - tłumacza i psychologa. Zastanawiam się, czy sprowadzenie tych zawodów jest nadludzkim wysiłkiem? Jako stewardesa pokoju jestem tam od 28 dób. To, co tam widzę, tylko potwierdza to, co mówię od 2021 roku. Polityka migracyjna nie istnieje w tym kraju. Nie ma nawet odpowiednio działającej infolinii 24 godziny na dobę dla ludzi, którzy przekroczyli granicę i nie wiedzą, co dalej mają zrobić. Transport, który jedzie spod granicy do punktów recepcyjnych z uchodźcami, nie ma żadnej koordynacji. Nie wiadomo kto, gdzie i po co jedzie, choćby miał mieć milion przesiadek.

Niektórzy dostają ataku paniki, gdy widzą nieoznakowany autobus, który ma ich zawieźć w bezpieczne miejsce. Nowacy z Ukrainy tu przyjeżdżają, nawet nie wiedzą, że jedzenie, które stoi obok jest dla nich i jest za darmo.

Uchodźcom na początku zawsze trudno się odnaleźć w innym kraju.

- Ja się odnalazłam, bo mam polskie korzenie. Mieszkam tu od 12 lat, jestem bardziej Polką niż Białorusinką, choć z upływem czasu wydaje mi się, że jestem z powrotem nowaczką.

Nowaczką?

- Tak, to propozycja wprowadzenia słowa-zamiennika na słowo „uchodźca", homonim najpopularniejszego polskiego nazwiska, które oznacza uchodźcę. Jestem nowaczką edukacyjną. Przyjechałam do Polski po edukację. Za miesiąc mam napisać doktorat, ale chyba tego nie zrobię i mam nadzieję, że będzie zrozumienie ze strony władz uczelni.

To ważny egzamin.

- Tak jak to, co teraz się dzieje. Dla nas to egzamin z empatii i mocy zrozumienia, że każdy z nas może znaleźć się dokładnie w tej samej sytuacji, że będziemy musieli uciekać przed wojną, która i tu nastąpi. A jednak to cały czas jest abstrakcja. Państwo polskie nie wyciąga żadnych wniosków. Przy białoruskiej rewolucji było mnóstwo wielkich deklaracji. Zapowiadano działania ponad podziałami i to wszystko okazało się gówno prawdą. By zrozumieć, o czym mówię, wystarczy pojechać na granicę, gdzie nie ma podstawowych rzeczy. Walka NGO-sów z rządem się nie skończyła, wojna do tego nie doprowadziła. W telewizji widzę, jak pan Terlecki razem z posłankami z Lewicy przekazują paczki z pomocą humanitarną. Wszystko pięknie, tylko oni wszyscy powinni się połączyć w działaniach systemowych, a nie przekazywać paczki.

Zwracam się do posłów i posłanek z opozycji, którym sygnalizuję te podstawowe problemy, a oni mnie pytają: „Jana, ale co my możemy zrobić? Przecież jesteśmy opozycją". Trudniej jest dotrzeć do rządzących i spróbować im wytłumaczyć kosztem swojego honoru i sił, że w tej chwili trzeba działać.

Krzykiem też?

- Krzyczy działanie. Nie ma siły na symboliczny krzyk.

Ale krzyk wyzwala energię w ludziach.

- To prawda, krzykoterapia i wyrzucenie z siebie tej negatywnej energii, i zrozumienie, że masz siłę krzyczeć oznacza, że wciąż żyjesz, jesteś człowiekiem. Każdy sposób jest dobry na reakcję, działanie i robienie czegokolwiek, by coś się zmieniło. Co trzeba zrobić, żeby spowodować tak wielki wzrost powrotów do Ukrainy mimo tego, co się tam dzieje?! To dla nas znak, że chyba coś nie działa.

Naprawdę dużo ludzi wraca na Ukrainę?

- Bardzo dużo. Szczególnie w ciągu ostatnich czterech, pięciu dób. Pytamy, co się wydarzyło, czy stało się coś złego, czy możemy jakoś im jeszcze pomóc, by zostali w Polsce.

I co mówią?

- Ci ludzie dzielą się na dwie grupy. Jedni mówi, że wrócą do Ukrainy, bo tam są bliscy, którzy nie mogli wyjechać z nimi: syn, starsza matka. A druga najczęstsza odpowiedź, jaka pada: "Wie pani, ja jestem tu z małym dzieckiem, muszę zapłacić za wynajęcie pokoju, a nie mam przy sobie nic. Nie mogę znaleźć pracy, a nawet jak znajdę, to jak mam dbać o córkę?". To ludzkie dramaty, o których słyszę codziennie. Mimo że powstają poszczególne organizacje pozarządowe dedykowane Ukrainie, tworzą się przedszkola i miejsca do wspólnego przebywania z dziećmi, to i tak nie ma przepływu informacji. Ukraińcy nie wiedzą, że coś takiego powstaje. Wielu z nich jest tu tymczasowo. I wcale mnie to nie dziwi. Chcesz się przekonać, jak to wygląda? Spróbuj pojechać do miejsca zbiorowego zakwaterowania, które jest tłoczne, i spędź tam kilka dni i nocy. Wtedy poznasz odpowiedź na pytanie, dlaczego ci ludzie chcą wracać do Ukrainy.

Rozmawiała Paulina Błaszkiewicz

Jana Shostak, rocznik 1993, polsko-białoruska aktywistka, artystka intermedialna. W swojej działalności artystycznej łączy wiele mediów, porusza się m.in. w obszarach performance'u, sztuki wideo, sztuki internetu. Tworzy sztukę społecznie zaangażowaną. Laureatka Paszportu „Polityki" w kategorii „sztuki wizualne".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Jakiś tradycyjny Sasin to wszystko ogarnia logistycznie ze strony państwowej
No to jak ma być?
Tradycyjnie jest
Po pisowsku
Prasłowiańska prachujnia
już oceniałe(a)ś
4
0
Nie ma pomocy systemowej, bo od 2015 u nas u władzy są ludzie z umysłowością jak u Putina: nakraść się, i wyśmiać tych którzy tego nie robią, bo na pewno są głupi ze nie umieją zadbać o swój własny interes. Nie ma pieniędzy dla nauczycieli, lekarzy czy pielęgniarek, bo ciągle ktoś testuje ile jeszcze da się po drodze odprowadzić na znajomy fundusz - korupcja na każdym szczeblu, jak w ruskiej armii. Dlatego polityków trzeba zmieniać co jakiś czas jak pieluchy, i mniej więcej z tego samego powodu. Tyle że obecni są już o krok od tego żeby stać się niewymienialnymi, jak Orban czy Putin, czy Łukaszenka, tyle instytucji na górze wymienili na swoje wydmuszki, tyle niezależnego oporu wyeliminowali. Czy obudzimy się jak Białorusini, dwadzieścia lat po objęciu przez PiS pełni władzy, po tym jak wreszcie noga im się powinie i któreś z kolei wybory będą jasno sfałszowane? Obecność w Unii i NATO nie czyni tego niemożliwym.
już oceniałe(a)ś
3
0
O tym, 'co dzieje się na Białorusi' z pewnością nie zapominają bombardowani z jej terenu Ukraińcy.
już oceniałe(a)ś
3
1