Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku
Jadąc autostradą A1 nad morze albo na południe kraju, warto zboczyć nieco z trasy i zatrzymać się we Włocławku. W Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej zobaczymy prace jednego z najbardziej tajemniczych twórców w Polsce.
Mówi się, że prawdziwego artysty nie tworzą dyplomy szkół plastycznych, środowiskowa popularność, sukcesy medialne i komercyjne. Tu ważny jest talent, samozaparcie, gorliwa praca, iskra boża. Ten dar posiadł rzeźbiarz samouk Stanisław Zagajewski z Włocławka.
Rodziców nie znał. Zimą 1929 r., gdy miał dwa lata, owiniętego w gazety znaleźli go ludzie w przedsionku kościoła św. Barbary w Warszawie. Później trafił do Ciechocinka do sióstr zakonnych Rodziny Marii. Kobiety dały mu na imię Stanisław. Nazwisko przypadło mu w spadku po chorym, który zmarł w przyklasztornym szpitalu. Od małego narzekał na dokuczliwość bliźnich: siostry miały go za ułomnego, a rówieśnicy przezywali, bo kulał na jedną nogę.
Na życie zarabiał, wykonując wiele zawodów: był kucharzem, ogrodnikiem, introligatorem, krawcem, dozorcą. Poszukiwania grosza zawiodły go do stolicy. Jego los odmienił się dopiero w 1963 r., gdy spotkał Aleksandra Jackowskiego, redaktora Polskiej Sztuki Ludowej, który załatwił mu pracę we włocławskiej Spółdzielni Sztuka Kujawska. Zagajewski utrzymywał się tam dzięki rzeźbieniu glinianych kogucików, nocami zaś tworzył własne dzieła.
- Sposób nakładania gliny podpatrzyłem u jaskółek budujących gniazdo. One przynoszą w dziobach po kawałeczku i przyklejają. I ja tak samo. Warstwa po warstwie. Rozrabiam maleńkie kuleczki w palcach, nakładam, modeluję. Jakby się chciało od razu z dużej bryły, to też można, ale ja tak nie robię. O glinie wiem dużo. Najważniejsze, żeby dobrze wyrobić. Nie da się mechanicznie, trzeba ręcznie. Żeby rzeźba miała szlikier, trzeba nasikać. To ważne. Trochę śmierdzi, ale potem, jak się gotową wypali, to nic nie czuć - opowiadał niegdyś 'Wyborczej'.
Jego wczesne prace poświęcone były zwierzętom. Zagajewski stworzył imponujący bestiariusz: zwierzęta łagodne i realistyczne zaczął zamieniać w coraz bardziej fantastyczne potwory. Glinę uzupełniał piórami, łuskami, kolcami, mchem. - Nie lubię w rzeźbach płaskich powierzchni. Podoba mi się, jak wszystkiego jest dużo. Wtedy dopiero jest ładnie i ciekawie - powtarzał.
W końcu zajął się głównie dziełami o tematyce religijnej, którą poznał w zakonnych ośrodkach opieki. Jest autorem 12 ołtarzy, z których tylko osiem zachowało się w całości. Zaczął tworzyć je na zlecenie kościołów i prywatnych kolekcjonerów. W latach 70. i 80. wiodło mu się lepiej. Jego prace zaczęli kupować kolekcjonerzy z zagranicy. Jednak powodzenie finansowe artysty wykorzystywali naciągacze, oszuści i pospolici złodzieje, którzy szybko łakomili się na zarobione w trudzie pieniądze.
Wybrał życie na uboczu. Nawet gdy Włocławek chciał podarować mu mieszkanie, Zagajewski nie opuścił swojego domostwa. Mimo że swoje rzeźby wystawiał w wielu renomowanych galeriach w kraju i na świecie, nie zmienił trybu życia. Znany był ze swojego lekceważącego stosunku do dóbr doczesnych: niegdyś dostał kanapę, meble i telefon, po kilku tygodniach się ich pozbył.
Stał się elementem folkloru Włocławka: zawsze sam, nieogolony, obdarty, brudny ciągnął dziecięcy wózek ze śmieciami, które w jego rękach wkrótce podwyższone zostaną do rangi największej sztuki, a za nim ciągnie się wataha psów. - Nigdy się nie przejmuję, co o mnie mówią. Artysta nie może słuchać innych, bo wtedy talent od niego odchodzi. Artysta jest równy Bogu. Tak jak on jest twórcą i to go różni od zwykłego człowieka - mówił.
Zmarł w 2008 r. Bogatą kolekcję jego prac ma Muzeum Śląskie, jednak największe zbiory rzeźb Zagajewskiego mieszczą się w Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku - w zabytkowym spichrzu przy ul. Zamczej 10/12, gdzie można je oglądać na wystawie stałej.
Strona internetowa: muzeum.wloclawek.pl/
Wszystkie komentarze